Ci którzy tu zaglądają, wiedzą, że fascynuje mnie kultura i moda kobiet dalekiego wschodu. Ta tradycyjna rzecz jasna. Jest w nich jakaś ulotność, subtelność i magia. Proste formy, piękne kolory, estetyka. Ten niepowtarzalny klimat czaruje mnie od lat.
Jakiś czas temu pokazałam na blogu jedną z moich sukienek (tu) wzorowaną na japońskim kimonie. Oczywiście w wersji współczesnej. Dziś przyszedł czas na kolejną sukienkę. Ta, podobnie jak poprzednia, powstała kilka lat temu z okazji ślubu kuzynki (tej samej kuzynki J – jak to kobieta nie mogłam się zdecydować, którą sukienkę wybrać, więc zabrałam obie).
Cieniowany kupon błękitno-brązowego jedwabiu w malowane kwiaty udało mi się nabyć w moim ulubionym sklepie z tkaninami. Zaopatruję się w nim od wielu lat. Dzianiny, wełny, kaszmiry, atłasy, lny. Do tego wszystkie kolory nici, dziesiątki guzików, zamki, sznureczki, taśmy... - wszystko czego dusza zapragnie w jednym miejscu.
Muszę przyznać, że tak delikatny jedwab, to było spore wyzwanie. Podczas szycia marszczył się, odkształcał, ślizgał mimo gęstego fastrygowania. Jest tak cieniutki, że można całą sukienkę zwinąć w maleńkie zawiniątko i schować do małej torebki, a nawet większej kieszeni J.
kimono - hand made; japonki - Bassano; pierścionek i kolczyki - sklep jubilerski






