piątek, 31 grudnia 2010

HAPPY NEW YEAR...


Coś się kończy, coś się zaczyna...
tym razem zaczyna się Nowy Rok - niech będzie lepszy, szczęśliwszy, piękniejszy niż ten, który właśnie mija, niech będzie zdrowy, pełen szczęśliwych zbiegów okoliczności, niech spełniają się wszystkie marzenie te DUŻE i te maleńkie ukryte głęboko na dnie serca, pełen inspiracji, niczym nieograniczonej kreatywności, genialnych pomysłów na siebie, bezpiecznych i prostych życiowych dróg
i... opieki dobrych aniołów tych niewidocznych dla ludzkich zmysłów i  tych ukrytych w otaczających nas ludziach...
 czego w tym Nowym 2011 Roku Wam i sobie z całego serca życzę!!!

szampańskiej zabawy!!!

"Happy New Year" i wieczna ABBA J


wtorek, 28 grudnia 2010

świątecznie cz.II


     I dziś znów króluje czerń i biel - czerń mojego stroju i skrząca się biel choinki w tle.
Trudno mi się z tą czernią rozstać nawet w tak świąteczny i barwny czas. Aksamitna bluza zapinana na zamek, miła w dotyku, mięciutka i ciepła. Lubię aksamit za głębię kolorów - krecio-czarny, jak w tym przypadku, to szczyt moich kolorystycznych marzeń. Z racji tego, że jest dość obszerna - ze trzy rozmiary za duża (!) - ściągnięta została w tali bardzo szerokim gumowym pasem w stylu góralskim, zapinanym na cztery klamerki z ozdobną, dzwoniąca kuleczką. Do tego spódniczka przed kolana, połyskujące srebrem rajstopy, zakolanówki z milutkim skrzącym się futrzakiem (podobne tylko w szarym kolorze pokazywałam przy okazji imieninowego posta tu) i płaskie kozaki.
Do tego kolczyki z maleńkich perłowych kuleczek i pierścionek - niby jeden ale składający się z trzech pojedynczych, które w zasadzie można nosić oddzielnie, ale mi podoba się połączenie ich w jedną całość - jeden z dużą perłą, drugi z maleńką perełką i kolejny z cyrkonią.


     Święta, jak to święta minęły szybko, zbyt szybko choć przygotowania do nich trwały całymi tygodniami. Lubię ten świąteczny czas, choć brak już w nim tej magii, którą pamiętam z czasów mojego dzieciństwa, kiedy pomarańcze i mandarynki były towarem niemal luksusowym i smakowały tak jak nigdy później, gdy w paczce znajdowało się z nie ukrywaną radością orzechy i prawdziwą czekoladę, a nie wyrób czekoladopodobny, ale wykańczają mnie gigantyczne kolejki, nawet w małych osiedlowych sklepach (bo przyznam się bez bicia nie odwiedzam w zasadzie marketów, centrów handlowych, galerii itp, itd...), korki na ulicach, bezustanna bieganina, stres krążący ponad głowami tych, którzy nie wiadomo dlaczego przewracają dom do góry nogami, biorą kredyty na zakup prezentów, a już tych, którzy jeszcze w wigilijne popołudnie robią zakupy w marketach budowlanych to już absolutnie nie rozumiem. Ja z wiadomych przyczyn w tym roku niewiele energii poświęciłam na prace przedświąteczne. Ominęło mnie w zasadzie większość obowiązkowych zajęć - sprzątanie - w tym tradycyjne mycie okien, pranie, przygotowywanie wigilijnych potraw. Ograniczyłam się do wykonania śledzi po kaszubsku - dla mnie absolutna nowość z przepisu podanego w TV, zakupu prezentów dla bliskich, a potem ich barwnego pakowania i ubieranie w wigilijny poranek choinki.

     Jednak pobyt w szpitalu wyssał ze mnie resztki sił bo mało, że umęczyłam się setnie tymi skąpymi przygotowaniami, to jeszcze w drugi dzień świąt, mimo siedzenia w domu złapałam infekcję giganta! Jakieś niegodziwe wirusy dotarły do mnie i zaatakowały z całą siłą. I teraz znów czuję się jak przetrącona... Głowa mi pęka, tak samo zatoki, co jakiś czas przed oczami robi się ciemno i tak dziwnie odlotowo, słabość ogarnia moje ciało... Spijam herbatki z miodem i cytrynką, do tego obowiązkowo imbir, który już wypalił mi chyba wnętrzności :) i jakieś tabsy, które jakoś nie bradzo mi pomagają. Chyba więc w następnej odsłonie będzie - dla Waszej uciechy i mojej rozpaczy -  obiecany strój domowo-piżamowy :).









aksamitna bluza - Marks&Spencer ; spódnica - hand made; pasek - sklep z galanterią skórzaną
rajstopy - Gatta ; zakolanówki - Gatta; kozaki - Laura Rosa
pierścionki - Rossman; kolczyki - sklep za rogiem
statyści: choinka; czekoladki; klatka schodowa, zabytkowe drzwi

niedziela, 26 grudnia 2010

świątecznie cz.I...




...miło, rodzinnie, radośnie, bezpiecznie...

     W domu zapach pierników i ciasta pomarańczowego, kapusty z grzybami, pieczonych ziemniaczków i tylko tego dnia tak smacznej ryby, barszczu z uszkami, zupy z tegorocznych borowików i najważniejszej dla mnie świątecznej potrawy - najpyszniejszych, jedynych w swoim rodzaju, jadanych przeze  mnie jeden jedyny raz w roku, dlatego chyba tak ważnych i wyczekiwanych - klusek z makiem, miodem i bakaliami!!! Istny rarytas!
    Potem przy odświętnie udekorowanym stole dzielenie się opłatkiem, życzenia, uśmiech na twarzach najbliższych i prezenty znajdowane pod choinką...
    
     Od kliku lat ten szczególny wieczór spędzamy z mamą u cioci i wujka, a potem wraz z nimi wyruszamy do kuzynek i gromadki ukochanych maluchów, które z każdym rokiem są coraz większe, ale wciąż radosne,  zabawne i troszkę szalone. Buziaki i uściski na powitanie z życzeniami przy samych drzwiach w stylu "zdrowia, szczęścia, pomyślności, połamania wszystkich kości...", przepychanka, któremu uda się siąść na moich kolanach... Uwielbiam obserwować z jaką radością odpakowują prezenty i wypróbowują ich możliwości. Jak śpiewają kolędy, uderzając na oślep w klawisze pianina, szarpiąc struny małej gitary i wydmuchując nutki na frażolecie. Już dziś tęsknię za ich uśmiechniętymi buziami, radosnymi, lekko przymrużonymi oczętami, gdy próbują wymyślić kolejną szaloną zabawę lub jakiegoś psikusa...




wigilijny opłatek, smażone ziemniaczki, pieczony karp, kapusta z grzybami, uszka, barszczyk, makiełki, słodkie pierniczki, lśniące w świetle kolorowych lampek bombki...



                Oliwka i Patrycja                                Oliwka, Mikołaj, Kuba (mój chrześniak) i ja

A ja tym razem niemal w całości  na oliwkowo. Dwuwarstwowa spódniczka o dość trudnej do opanowania długości midi, z haftowanym złotą nicią i cekinami paskiem i falbaną, ażurowy sweterek o zabawnym fasonie z półokrągłym dołem i takim samym wywijanym na zewnątrz kołnierzem z szerokimi rękawami (jak zwykle utrudniającymi  sięganie smakowitych kąsków przez szerokość stołu). Do tego bluzeczka w kolorze ecru i szeroki podkreślający talię pasek w kolorze ciemnej, butelkowej zieleni złożony ze szytych prostokątnych kawałków. Wisior i kolczyki to połączenie metalu i lśniących szkiełek w kilku odcieniach zieloni. 

 sweter - no name; spódnica - H&M; bluzka - New Look;
pasek - sklep z galanterią skórzaną; wisior - India Shop; kolczyki - India Shop
statyści: choinka, świąteczny stół z makiełkami, pyszne pierniczki (prezent od sąsiada)... 

środa, 22 grudnia 2010

prawdziwie wesołych świąt...



Ten szczególny czas, ten niezapomniany nastrój, ta nadzieja wypełniająca nasze myśli i serce...
Serdecznie dziękuję Kochani za słowa wsparcia, dobre myśli i pozytywną energię przesyłaną w Waszych komentarzach. Słowa... tak ważne, ciepłe i miłe sercu.
     
     ...pewna, szczególna opowiastka...  pewnie dobrze Wam znana...

„Jednego dnia, mały motyl zaczął wykluwać się z kokonu. Mężczyzna usiadł i przyglądał się jak motyl przeciska swoje ciało przez ten malutki otwór. I wtedy motyl jakby się zatrzymał. Tak jakby zaszedł tak daleko jak mógł i dalej już nie miał sił. Więc mężczyzna postanowił mu pomóc: wziął nożyczki i rozciął kokon. Motyl wyszedł dalej bez problemu. Miał za to wątłe ciało i bardzo pomarszczone skrzydła. Mężczyzna kontynuował obserwacje, ponieważ spodziewał się, że w każdej chwili skrzydła motyle zaczną grubieć, powiększać się dzięki czemu motyl będzie mógł odlecieć i zacząć żyć. Tak się nie stało! Motyl spędził resztę życia czołgając się po ziemi z mizernym ciałem i pomarszczonymi skrzydłami. Do końca życia nie był w stanie latać. Człowiek w całej swej życzliwości i dobroci nie wiedział, że walka motyla z kokonem była bodźcem dla jego skrzydeł i dzięki temu motyl był w stanie latać, gdy tylko pokona opór kokonu. Czasem walka to to, czego nam w życiu potrzeba. Jeśli Bóg pozwala nam iść przez życie bez jakichkolwiek problemów, to może to zrobić z nas słabeuszy. Nie bylibyśmy tak silni jak możemy.

Prosiłem o siłę... Bóg dał mi przeciwności losu, aby zrobić mnie silnym.
Prosiłem o mądrość... Bóg dał mi problemy do rozwiązania.
Prosiłem o dobrobyt... Bóg dał mi mózg i krzepę.
Prosiłem o odwagę... Bóg dał mi przeszkody do pokonania.
Prosiłem o miłość... Bóg dał mi ludzi w kłopocie, aby im pomóc.
Prosiłem o przychylność... Bóg dał mi okazje do wykazania się.
Dostałem nie to co chciałem...Ale dostałem wszystko czego było mi trzeba."

                                                                                    ...bądźcie szczęśliwi, radośni i pełni optymizmu...


niedziela, 19 grudnia 2010

barwy jesieni zimą...



     Na moich zdjęciach nie ma dziś śnieżnych czap, wielkich zasp i  skrzących się białych płatków. Nie ma bałwanków stojących dumnie na skwerkach i śnieżek przelatujących nad głową przechodniów. Podobnie jak zdjęcia z poprzedniego posta, zrobiłam jeszcze przed nastaniem białej zimy, a teraz z radością wykorzystuję, bo nowych zestawów na razie brak!
   
     Od wielu dni mój strój to piżama lub wygodne bawełniane spodnie, bluza z kapturem i kolorowe, cieplutkie pięciopalczaste skarpety.
A może warto i to uwiecznić ?;)


     W każdym razie prezentowana obok stylizacja pochodzi z końca listopada, a uwieczniona została na jednym z ukrytych skrzętnie podwórzy moich ulubionych secesyjnych kamienic.
     Kolory typowo jesienne - beże i brązy.



    W ten nie śnieżny, ale jednak mroźny już dzień, założyłam ciepły i miły w dotyku kożuszek, w kolorze, który pasuje niemal do wszystkich zestawów. Do tego jedwabną apaszkę w malowane kwiatki w kolorze miodu i pomarańczy, która nie tylko chroni szyję, ale też stanowi element ozdobny i rozjaśniający twarz, którą uszyłam jeszcze wiosną z kawałka jedwabnego kuponu. Pod spodem brązowy sweterek -jeden z moich ulubionych - z rękawkami 3/4 w odcieniu  gorzkiej czekolady, z pod którego wyłania się bawełniana koszula z kołnierzykiem i długimi wywijanymi mankietami w kolorze ecru z deseniem czarnych nieregularnych kropeczek wyglądających niczym skóra dalmatyńczyka. Do tego ciemnobrązowa spódnica z trzech, lekko przymarszczonych falban, ozdobionych cienką tasiemką z cekinami - może troszkę zbyt lekka na takie chłody, na szczęście na podszewce - i ciepłe, zamszowe, płaskie kozaczki.



kożuszek - Ben Sherman; sweter - Watcher; koszula - Marks&Spencer; spódnica - River Island;
wisior - India Shop; kolczyki - sklepik za rogiem; apaszka - hand made;
kozaki - Oxy's; torba - sklep z galanterią skórzaną
statyści: gruszka, podwórze jednej z secesyjnych kamienic

środa, 15 grudnia 2010

szarość dnia...


 ...no to wróciłam do domu! Dwa tygodnie na szpitalnym łóżku, to aż nadto - jak dla mnie. Jestem jeszcze bardzo osłabiona, zmęczona, ale co w domu to w domu!!! Teraz nadszedł czas regeneracji sił, powrotu do formy i miejmy nadzieję do pełni zdrowia.
Będąc w takim miejscu, widząc na własne oczy z takiego bliska ludzkie cierpienie, słysząc i czując zawieszone w przestrzeni emocje... zmienia się w człowieku nastawienie do rzeczy, otaczających ludzi, codziennych problemów. Może to zabrzmi pompatycznie, ale przewartościowuje się życie, zmieniają priorytety. Jakoś inaczej widzi się niby ten sam świat, te same twarze, te same okoliczności przyrody.
    
     Ale dość o tym - to przecież blog o czymś zupełnie innym!





      Moje dzisiejsze zdjęcia nie są oczywiście "dzisiejsze". Nie nadają się na razie do stawania przed obiektywem, ale jak się okazało zostało mi troszkę fotek z czasu "sprzed".

Szarość połączona z czernią i mieniącym się granatem w biżuterii.
     Największym sentymentem w tym zestawie darzę "odziedziczony po mamie"szary sweterek . Zakupiony został na samym początku lat '80 w jednym z nieistniejących już sklepów Mody Polskiej. Kilka lat temu podebrałam go mamie i troszkę "ztuningowałam". Odcięłam - jak dal mnie - zbyt ciasny ściągacz pod szyją i dopasowałam sweterek lekko w talii. Do tego czarna spódniczka z ośmiu, ciętych po skosie i rozszerzonych u dołu klinów, sprawiających, że przy każdym obrocie wiruje niczym sukienka tancerek flamenco. Na nogach czarne pantofle na małym koturnie ze srebrnymi klamerkami. Dla lekkiego ożywienia tego zestawu dodałam naszyjnik i pierścionek z błękitnymi i granatowymi cyrkoniami oraz kryształkowe kolczyki.
     Ponieważ zestaw pochodzi z czasu przed śniegami, mrozami i ślizgawicami, dlatego jako okrycie wierzchnie wykorzystałam ulubiony płaszczyk z rękawkami 3/4, kołnierzykiem bebe i kokardkami przy zapięciu oraz prezentowaną już tu wielokrotnie turkusową apaszkę.





sweterek - vintage + DIY; spódnica - Internacionale; bluzeczka - zwykły sklep;
płaszczyk - no name; buty na małym koturnie - M.Daszyński; apaszka - India Shop
naszyjnik - India Shop; pierścionek - Rossman
statyści: szafki biurowe, balkon tym razem od drugiej strony kamienicy

piątek, 10 grudnia 2010

black&white


     Dlaczego te właśnie kolory?
bo takie bywa nasze życie... 
czerń i biel    
dzień i noc  
światło i mrok
Zabrzmiało filozoficznie? 

     Życie bowiem czasem bywa piękne, szczęśliwe, radosne, pełne pozytywnych emocji, niezapomnianych wrażeń, nieskazitelne jak ta biel.
Innym razem wystawia nas na próby, testuje wytrzymałość, sprawdza jak daleko jesteśmy w stanie iść pod górę. Kolejne stopnie wydają sie być coraz wyższe, coraz trudniejsze...

     Przeplata się ta biel z czernią w życiu tworząc różne odcienie szarości...

 

     Skąd u mnie takie nastroje? Ano piszę dzisiejszego posta ze szpitala, w którym przebywam już dobry tydzień, a każdy spędzony tu dzień wydaje się być wiecznością. Odbierając wszystkimi zmysłami z tak bliska ból, smutek, cierpienie i tą dopadającą nagle, obezwładniającą niemoc, czuję się  bezsilna jak dziecko. Najchętniej uciekłabym stąd już, teraz, natychmiast... ale zwyczajnie nie mogę, nie powinnam...
Dzięki temu, że mam przy sobie komputer  mam poczucie bycia w łączności ze światem. Zaglądam, czytam, a nawet coś tam piszę.
     Oczywiście zamieszczone tu zdjęcia nie zostały zrobione na szpitalnych korytarzach. Mówiąc szczerze nawet nie pamiętam przy jakiej okazji one powstały, ale ważne, że mam je i mogę przynajmniej spróbować sił w pewnym konkursie.

     Niesamowita Mrs_L  http://dressingmrsl.blogspot.com/ - ogłosiła na swoim blogu konkurs i ufundowała, jak sama nazywa, prezenty-nagrody  - w postaci dwóch prześlicznych naszyjników. Który piękniejszy? Nie mam pojęcia - każdy z nich przyjęłabym z trudno do opisania radością, a pomysłów na ich wykorzystanie już mam bez liku. W roli głównej tego zestawu występuje biała, lekko przeźroczysta  tunika z zabawnymi rękawkami. Haftowany na lewym boku kwiatowy wzór przyozdobiony jest delikatnie mieniącymi się cekinami, a skośny dół wykończony satynowymi frędzlami. Spory, regulowany za pomocą satynowej tasiemki dekolt aż się prosi o uzupełnienie jakimś prześlicznym cackiem np takim naszyjnikiem tylko w kolorze czarnym ;). Do tego proste, czarne satynowe spodnie, lakierowane balerinki i można ruszać w tany.            
 tunika - DIY; spodnie - hand made; balerinki - Laura Bailey's;
idealna biżuteria do tego zestawu, to naszyjnik w kolorze czarnym  tu