środa, 8 września 2010

odrobina orientu w miejskiej scenerii...

a jednak słonko zrobiło niespodziankę i mimo zapowiedzi o deszczu, zimnie i silnym wietrze zaświeciło mi dziś prosto w oczy. No może temperatura nie wzrosła diametralnie, ale kilka stopni wzwyż i brak opadów, to jednak zawsze coś! Aż nowy duch wstąpił w moje umęczone pracą członki :). Przecież lato trwa nadal i... tej opcji będę się trzymać jak ostatniej deski ratunku!!!  ;)))


     A na ulicach ruch jak na wrzesień przystało. Jeśli jeszcze trafi się jakaś wolno poruszająca się maszyna budowlana po drodze (a sporo ich ostatnio i to w najdziwniejszych miejscach jako że remonty trwają w najlepsze w całym mieście) - to korek murowany! Hałas, klaksony ponaglające opieszałych, wyraźna złość wypisana na twarzach niektórych kierowców - ot i uroki polskich miast.


     Wracając jednak do tematu bloga - dziś w roli głównej występuje turkus! Kolor ten przywodzi mi na myśl wakacje (których w tym roku nie miałam …), morze, ciepły piasek pod stopami, spacer promenadą, słońce w zenicie… no to się rozmarzyłam!

     Wygodna bawełniana sukienka, tym razem zaadaptowana została do roli tuniki. Mówiąc szczerze od lat gustuję - w nie do przyjęcia dla niektórych osób - połączeniu sukienki i spodni. Bo i z łatwością wejdę w takim stroju na drabinę, wsiądę do autobusu czy tramwaju wysokopodłogowego ;) i przy tym nadal będę czuła się kobieco.

                            
                                                                                                               no nie! - a gdzie jest moja lewa ręka???
 
     Dekolt sukienki wykończony jest delikatnym haftem o ton jaśniejszym od koloru bazowego. Do tego biały top - co by nie świecić za bardzo nieopalonym dekoltem i ulubione białe spodnie ze sporej wielkości mankietami (idealne miejsce na ściągi :D). Zamiast paska wykorzystałam jedwabną apaszkę (pamiątkę po babci) łączącą kolor turkusowy, lazurowy, fioletowy i … trudny do określenia kolor buro-zielonkawy. A na szyi sznur (no może raczej sznurek) turkusów – zdobycz z Giełdy Minerałów, Kamieni, Skamieniałości i Muszli. Do tego wszystkiego na stopach sandałki w kolorze starego złota. Tak, tak - wiem, że sandałki o tej porze roku to już lekka przesada :)

     No i obowiązkowo nieodłączna parasolka! Tak na wszelki wypadek. Bo gdy ją mam przy sobie to prawie pewne, że padać nie będzie!

sukienka - Florence+Fred; top - no name; spodnie - ???; sandałki - Filanto; apaszka w roli paska - vintage;
korale - Giełda Minerałów...; bransoletka - India Shop

1 komentarz:

Witam Cię gościu miły w moim małym wirtualnym świecie. Serdecznie dziękuję za każdy pozostawiony ślad Twojej tu obecności... Jeśli spodobał Ci się mój blog serdecznie zapraszam Cię do obserwowania.